Witamy na naszej stronie
Powstała ona po to aby dostarczać informacji na nasz temat wszystkim zainteresowanym osobom.
Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej na temat funkcjonowania Stowarzyszenia znajdującego się w Krzczonowie przejdź do zakładki Stowarzyszenie
Jeśli chcesz skontaktować się z nami wejdź na podstronę o nazwie Kontakt i wypełnij formularz kontaktowy aby zadać nam pytanie.
Kontakt
Kontakt bezpośredni:
Krzczonów 82
Kontakt telefoniczny:
12/ 27-72-826
12/ 27-47-248
Kontakt e-mail:
stow.krzczonow2010@gmail.com
Patron
Urodziła się w 1287 roku w Metoli (Italia). Jej życie było jednym wielkim pasmem okrucieństw losu. Nie tylko losu, również i ludzi. Ojciec – znakomity żołnierz i strateg, dowódca wojskowy republiki Trabarii, oczekiwał naturalnie syna, dziedzica i następcy. Urodziła się dziewczynka. Na domiar złego – niewidoma i wyjątkowo brzydka. Była karliczką z dużym garbem i krótszą prawą nogą. Nie mogło wydarzyć się nic gorszego. Okazało się, że przekracza to siły ojca. Jej matka, Donna Emilia nie należała z pewnością do kobiet całkowicie pozbawionych uczuć macierzyńskich. Przeważył jednak respekt dla męża. Postanowiono więc całkowicie Małgorzatę odizolować od świata. Na szczęście zamkowy kapelan zadbał o to, by dziewczynka została ochrzczona.
Gdy trochę podrosła, kapelan opowiadał jej o Bogu, o cierpieniach jakie znosił Chrystus z miłości do ludzi, o tych, którzy starają się odpłacić Mu za to znosząc spokojnie swe cierpienie i w ten sposób chcą być bliżej Niego. Mała pojmowała to zadziwiająco dobrze. Jakby na przekór losowi była dzieckiem inteligentnym, miłym i bardzo lubianym przez służbę i całą załogę górskiej fortecy. Kapelan odwiedzał ją także, gdy została zamurowana w celi przy leśnej kaplicy (z okienkiem, przez które podawano jedzenie). Nie było to czymś wyjątkowym w tamtych czasach, gdy chodziło o pobożne niewiasty, ale Małgorzata miała dopiero sześć lat! W tej celi przeżyła następne trzynaście lat. To była jej szkoła, a może i uniwersytet. Ukształtowały ją ostatecznie. Z pewnością przeżywała chwile słabości, może i rozpaczy, mimo wszystko tęskniła za rodzicami, możliwe, że czasem ogarniał ją strach. Jednak nie zgorzkniała i nie zdziwaczała. Wręcz przeciwnie – umocniła się i wypiękniała duchowo. Nie czuła się osamotniona – przez cały czas miała poczucie, że towarzyszy Chrystusowi w dźwiganiu Krzyża. Więcej, naprawdę Go pokochała i wierzyła, że on ją kocha: miała więc o kim myśleć i z kim rozmawiać. To była po prostu nieustanna modlitwa. Taka, która ratuje ludzi w więzieniach, obozach, w najtrudniejszych chwilach życia.
Małgorzata nie uważała zresztą, że jej ofiara jest wystarczająca, ani że cierpi za bardzo. Pościła więc w każdy piątek, a także przez wiele miesięcy: od święta Podwyższenia Krzyża we wrześniu do Wielkanocy. Zawsze pogodna, spokojna, chwilami szczęśliwa. Źródłem tej siły ducha był nieustanny kontakt z Bogiem – żyła w jego obecności. Ułatwiały jej to codzienna spowiedź i częsta Komunia Święta. Kapelan zamkowy nie opuścił jej, wręcz przeciwnie, był coraz bardziej zdziwiony dojrzałością i niezwykłością swej wychowanki. Z każdym dniem upewniał się, że jest ona obdarzona szczególną Bożą łaską. Być może matka liczyła na cudowne uzdrowienie, zabierając dziewiętnastoletnią już Małgorzatę do Castello. Działy się tam podobno cuda za sprawą zmarłego niedawno franciszkanina, Fra Giacomo. Przy jego grobie Małgorzata modliła się gorąco, ale pokornie: Proszę uzdrów mnie Boże, jeśli taka jest twoja święta wola!
Cud nie nastąpił. Rodzice zostawili modlącą się Małgorzatę i w pośpiechu opuścili miasto. Po prostu uciekli. Można powiedzieć, że paradoksalnie stworzyli córce ogromną szansę. Małgorzata zapewne na razie jej nie przeczuwała. Musiała sprostać niezmiernie trudnej sytuacji – znalazła się na ulicy.
Tak więc zaznała Małgorzata losu człowieka bezdomnego, wśród żebraków i biednych ludzi, którzy chętnie ją przygarniali. może dlatego, że wnosiła między nich pogodę, ufność, życzliwość?
Próba zadomowienia się w klasztorze nie powiodła się. miłe, życzliwe początkowo siostry nie mogły znieść, że ta nowicjuszka dokładnie przestrzega nakazów życia zakonnego, szczególnie milczenia i ubóstwa. Mimo ostrzeżeń Małgorzata nie zmieniła się. Usunięto ją więc z klasztoru.
Dalsze dzieje Małgorzaty były niezwykłe, ale już nie tak dramatyczne. Zaczęła cieszyć się uznaniem i szacunkiem zamożnych, znaczących ludzi w Castello. Nota bene jej wygląd nie uległ zmianie – pozostała nienaturalnie mała, niewidoma, garbata, wciąż utykała na prawą nogę. Ale potrafiła bardzo skutecznie pomagać w nauce synom w zaprzyjaźnionym domu, zadziwiająco trafnie przepowiadała przyszłość, leczyła, uzdrawiała. Kiedyś swoim płaszczem ugasiła groźny pożar. Opiekowała się także więźniami. Była już wtedy tercjarką dominikańską we wspólnocie przy kościele Miłosierdzia. Zafascynowana postacią św. Dominika starała się go naśladować w nieustannej modlitwie i umartwieniach. Ascetyczny tryb życia, którego centrum stanowiła codzienna Msza Św., czyli – Ofiara, przyniósł jej nie tylko wewnętrzny spokój, ale i nadludzkie wręcz możliwości pomagania innym. Dał jej poczucie głębokiego zjednoczenia z Bogiem.
Była szczęśliwa. Nawet wówczas, gdy ciało zaczęło odmawiać jej posłuszeństwa. Zmarła 13 kwietnia 1320 roku, mając za sobą trzydzieści trzy lata nieprawdopodobnie trudnego życia, które jednak nie poszło w niepamięć. Już w chwili śmierci miała opinię świętej. Zostało to potwierdzone cudem uzdrowienia dziecka jeszcze przy jej zwłokach w kościele, a także późniejszymi doświadczeniami ludzi szczególnie dotkniętych przez los. Wstawiennictwo Małgorzaty łagodziło ich cierpienie, pomagało, dodawało sił. Zabiegano o jej beatyfikację. 19 października 1609 roku dokonał jej papież Paweł V, ogłaszając dzień 13 kwietnia świętem bł. Małgorzaty z Castello.